Rozdział III- zakupy ;D
Następny dzień przywitał Vanity kolejną małą niespodzianką. Na jej oknie siedziała mała rudawa sówka. Dziewczynka bardzo się zdziwiła, gdyż nie spodziewała się od nikogo wiadomości, dlatego pośpiesznie odwiązała list od nogi ptaka. Nie mogła uwierzyć własnym oczom, gdy odczytała treść wiadomości:
HOGWART
SZKOŁA
MAGII i CZARODZIEJSTWA
Uprzejmie informuje, że Pani Vanity Whitewind
została przyjęta na pierwszy rok nauki
w Hogwarcie.
Pociąg, który zabierze uczennicę do szkoły, odjedzie
dn. 1 września o godz. 9.00 z peronu 9 i 3/4
Umundurowanie
Studenci pierwszego roku muszą mieć:
1. Trzy komplety szat roboczych(uczniowskich) koloru czarnego
2. Jedną zwykłą spiczastą tiarę dzienną również czarną
3. Jedną parę rękawic ochronnych (ze smoczej skóry bądź jakąś inną
byle wytrzymałą)
4. Jeden płaszcz zimowy oczywiście czarny. Zapinki dowolne byle nie koloru:
- różowego
- żółtego
- ostrej zieleni
- ostrego błękitu
- fioletowa
- pomarańczowa
czyli, żeby się w oczy nie rzucała.
5. Identyfikator uczniowski zawsze przypięty do szaty (identyfikatory będą rozdawane w szkoły, w tym celu proszę wraz z sową odesłać swoje zdjęcie)
- Zdjęcie?? – pomyślała Vanity – to jakaś szkoła dla psychicznych? Skąd ja im wytrzasnę zdjęcie? Trzeba będzie się poradzić mamy. Dobra, lećmy dalej.
Podręczniki
Wszyscy studenci powinni mieć po egzemplarzu nast. podręczników:
1. Standardowa księga zaklęć (1 klasa) Olivi Mc Glow
2. Dzieje magii ( okres poznawczy) Mouga Jacckasa
3. Jak się czaruje? Alberta Withe
4. Wprowadzenie do transmutacji ( 1 klasa) Petrice Loud
5. Tysiąc i więcej magicznych bakterii i pierwotniaków Clara Hick
6. magiczne wzory i napoje (1 klasa) Filphody Nounsa
7. Niespotykane zwierzęta – gdzie one są? Morgan Lick
8. Ciemne moce – jak się przed nimi uchronić ? Jaquinise Buch
Pozostałe wyposażenie
1 różdżka
1 kociołek (cynamonowy, rozmiar 2)
1 zestaw szklanych lub kryształowych fiolek
1 teleskop
1 miedziana waga z odważnikami
STUDENCI SĄ PROSZENI O POSIADANIE 1 ZWIERZĘCIA SPOŚRÓD
WYMIENIONYCH:
- Kot (dowolna rasa)
- Mysz (dowolna rasa)
- sowa (dowolna rasa)
- ropucha
- nietoperz (bez zębne, żeby nie było wypadków)
- Yes! Dostałam się! Tak jak mówił Tom. Super! – radowała się Vanity. Odprawiła mały rytualny taniec wokoło listu, żeby jej się powiodło w nowym miejscu. Dziewczyna jest bardzo przesądna, a tego typu tańce rozluźniają wszystko. Z tego huku jakiego narobiła, aż cała rodzina się zleciała. Strych był zapełniony Vanity, panią i panem Witewind. Starali się wyciągnąc cokolwiek od córki, lecz dziewczyna była w stanie ogromnego podekscytowania, że ciężko im to szło.
- Dziecko uspokój się i powiedz nam, co się stało? – próbowała się dowiedzieć pani Whitewind. Niestety taka sytuacja się powtarzała jeszcze z dziesięć razy. Vanity dalej robiła swoje. W końcu zaczęła mówić.
- Mamo, tato ..... PRZYJĘLI MNIE DO HOGWARTU!!!! – wykrzyczała im to młoda osóbka – będę super uzdolnioną czarodziejką. Tom też tam się dostał, wiec będę mieć towarzystwo. Czyż to nie cudowne?
- Tak – odpowiedzieli chórem rodzice – nawet nie wiesz jak się cieszymy. Trzeba to uczcić. Idziemy zaszaleć.
Teraz cała rodzina skakała z radości. W końcu ich córka dojrzała do tego, aby zacząć się naprawde uczyć czarować.
*
Ulica Pokątna przywitała czarodziejską rodzinę jak zwykle tłumem ludzi. Ledwo pan Whitewind przeciskał się przez ten gąszcz a co dopiero powiedzieć o Vanity. Nic wiec dziwnego, że parę razy zgubiła się. Na szczęście rodzice szybko odnajdywali swój skarb. Ich pierwszym celem był bank Gringotta. Mimo, iż nie mieli zbyt dużo złotych galeonów, srebrnych syklów oraz brązowych knutów, jednak to wszystko wystarcza na utrzymanie wszystkich domowników i na kupienie odpowiednich rzeczy do szkoły. Weszli po białych, kamiennych schodach do śnieżnobiałego budynku, który wyrastał ponad okoliczne sklepy. Obok potężnych drzwi z brązu, w szkarłatno-złotej liberi, stał goblin. Był strażnikiem owego budynku. Vanity nie przepadała za tymi stworami. Ich śniada, chytra twarz, spiczasta bródka, bardzo długie palce i stopy, przyprawiały dziewczynę o mdłości, dlatego wolała czym prędzej wejść do środka. Były tam drugie drzwi, tym razem srebrne, z wygrawerowanymi słowami:
Wejdź tu, przybyszu, lecz pomnij na los,
Tych, którzy dybią na cudzy grosz.
Bo ci, którzy biorą, co nie jest ich,
Wnet pożałują żądz rąk swych.
Więc jeśli wchodzisz, by zwiedzić loch
I wykraść złoto, obrócisz się w proch.
Złodzieju, strzeż się, usłyszałeś dzwon
Co ci zwiastuje pewny, gwałtowny zgon.
Jeśli zagarniesz cudzy grosz,
Znajdziesz nie złoto, lecz marny los
Zanim dziewczyna pierwszy raz weszła do tego miejsca, zawsze w marzeniach planowała obrabować go, jednak gdy przeczytała te słowa, od razu zrezygnowała z tego marzenia. Dziś rzadko powraca do tych myśli. Nie lubi tego miejsca. Za dużo tu goblinów. Wszędzie ich pełno. Za każdą ladą, na wysokich stołkach siedzą te śmierdzące stworzenia. Niektóre skrobią coś piórami w wielkich księgach rachunkowych, inne odważają monety na mosiężnych wagach, badają drogie kamienie przez lupy. Cały główny hol był dużym pomieszczeniem z mnóstwem drzwi niewiadomo dokąd prowadzących. Przy każdych drzwiach stała straż składająca się oczywiście z goblinów. Plan tego budynku znały tylko owe istoty i tylko one mogły prowadzić klientów do swych skrytek. Vanity zaczekała na środku sali, gdy jej rodzice podeszli do jednej z lad.
- Dzień dobry - powiedział Jack do pierwszego wolnego goblina – Przyszliśmy, żeby wziąć trochę pieniędzy z sejfu rodziny Whitewind’ów.
- Mogę prosić o klucz do skrytki?
- Tak oczywiście już daje – pan Whitewind podał goblinowi pozłacany maleńki kluczyk.
- Dobrze, proszę zaczekać, zaraz ktoś zaprowadzić państwa do krypt. Zoli!
Jak można było się domyślić Zoli był goblinem. Jednak nie podobny do innych. Vanity od razu to wyczuła. W jego zachowaniu była dziwna a zarazem miła tajemniczość. Był chyba jedynym stworek, który nie przyprawiał panienki o zawroty głowy. Zoli zaprowadził ich do jednych z drzwi i w jednej sekundzie znaleźli się w wąskim, ciemnym korytarzu, oświetlonym tylko pochodami. Do skrytki musieli dojechać małą kolejką zaopatrzoną w wagoniki. Dziewczyna uwielbiała jeździć tymi wagonikami. Kojarzyły jej się z kolejkami górskimi, na które kiedyś chodziła z tatą. Podróż była miła chyba tylko dla niej, bo rodzice Vanity wysiadając z pojazdu jakby odetchnęli z ulgą. Skrytka 456 była ich małym sejfem. Goblin otworzył wielkie drzwi i pani Whitewind zaopatrzyła się w odpowiednią ilość pieniędzy.
Po wyjściu z banku można było się udać na potrzebne zakupy. Ich pierwszym celem było kupno szat. Weszli do małego sklepiku z szyldem: MADAME HELLWOOD – SZATY SZKOLNE I NIE TYLKO. W środku było ciepło i przytulnie.
- Dobrze kochanie – powiedziała mama Vanity – niech teraz pani Ci uszyje szatę a ja pójdę zakupić Ci podręczniki. Tata zajmie się pozostałym wyposażeniem. On uwielbia te odważniki, kociołki i fiolki. Będziesz mieć najlepsze rzeczy ze szkoły – dokończyła z lekkim uśmiechem jeszcze dość młoda kobieta.
Vanity została sama. Czekały ją teraz przymiarki i długie czekanie na strój. Podeszła do niej stara, siwa kobieta o błękitnych oczach.
- Hogwart? – zapytała
- Tak
- Pierwszy rok?
- Tak
- Zapinki do płaszcza?
- Czarne
- Rękawice też dorzucić?
- Obowiązkowo – odparła dziewczyna. Bardzo rozbawiła ją ta dość krótka konwersacja.
- Dobrze kochaniutka, weźmy rozmiary, choć za pewne nie będą one potrzebne. Masz idealną figurę, ale muszę je pobrać, bo mi sklep jeszcze zamkną.
I tak przez najbliższe dwie minuty centymetr, łagodnie sterowany przez Madame Hellwood odmierzał po kolei wzrost, odcinek szyjny, piersiowy, pasowy i biodrowy. W ciągu dwóch minut Vanity dowiedziała się że ma 150 cm wzrostu, 28 cm w szyi, 65 cm w biuście, 55 cm w pasie, 70 cm w biodrach. Nawet nie zauważyła jak kolejny klient wszedł do sklepu
- Zawsze wiedziałem, że moja przyjaciółka ma idealne wymiary – powiedział żartobliwie dość wysoki chłopak o brązowych włosach i brązowo-piwnych oczach. Dziewczyna nawet nie musiała się odwracać żeby zobaczyć, kto to powiedział. Od razu poznała ten głos.
- Tom! Wróciłeś – krzyknęła Vanity – sądziałam, że spotkam Cię dopiero w pociągu do szkoły.
- Widzisz. Jednak los zrobił tobie mała niespodziankę. Widzę, że też sobie szyjesz szaty.
- Tak ale nie martw się. Za chwile ty będziesz tak stać – powiedziała drwiąco dziewczyna - Pośmiejemy się z twoich wymiarów – dodała
Owszem i tak się stało. Chłopak miał natomiast 156 cm wzrostu, 32 cm w szyi, 50 cm w klatce piersiowej, 60 cm w pasie i 68 cm w biodrach.
- No, przyzwoity wynik – zaśmiała się Vanity. Uwielbiała przebywać w towarzystwie Tom’a. Przy nim czuła się beztrosko i szęśliwie.
Dziesięć minut później stroje obojga były gotowe. Gdy młodzi wychodzili ze sklepu akurat natrafili na rodziców dziewczyny.
- Dzień dobry – powiedział Tom
- Ooo. Dzień dobry – odpowiedziała pani Whitewind – już wróciłeś z wakacji?
- Tak proszę pani. A teraz niestety musze znaleźć swoich rodziców. Do widzenia
- Do widzenia – odpowiedziała – Córciu już masz szatę, tiarę i wszystko?
- Tak mamo
- Dobrze, to możemy iść kupić Ci różdżkę. Przeteleportowaliśmy twoje rzeczy już do domu, żeby potem nie dźwigać tego wszystkiego. Nie wiem jak Ty sobie z tymi książkami poradzisz. Są takie ciężkie.
- Wykorzystam mojego przyjaciela. Odrobina ciężaru mu nie zaszkodzi.
Poszli kamienną uliczką ku górze. O tej porze roiło się od ludzi. Nieprzewidywalny tłum i okropny upał sprawił, że droga do sklepu wydłużała się niesamowicie. W końcu stanęli przed budynkiem z napisem: NAJLEPSZE RÓŻDŻKI NA ŚWIECIE. DO WYBORU, DO KOLORU. W środku na szczęście było mało ludzi, wiec nie trzeba było zbyt długo czekać. Obsługiwał akurat dość młody człowiek. Jedną małą jego wadą było to, iż jego kolor włosów przypominał ogon wiewiórki.
- Witam w naszym sklepie – przywitał ich – niech zgadnę, szukają państwo różdżki. Czy kiedykolwiek państwa córka przymierzała różdżkę. Ma swój kolor, wyrób?
- Nie niestety nie – odpowiedzieli rodzice
- No to czeka nas niezła zabawa – powiedział sprzedawca, a w jego kącikach ust pojawił się delikatny uśmieszek – no wiec machnij tą. To jest cisowa różdżka z włosem wiewiórki bystrej, 10 cali. Delikatnie układa się w ręce i jest trwała, co jest bardzo przydatne dla dzisiejszej młodzieży. – zakończył wykład młodzieniec - No machnij nią – dodał, gdy spojrzał na dziewczynę. Zrobiła tak jak kazał, niestety skutki tego były dość straszne. Miotła, która stała koło sklepikarza, dostała szału i zaczęła gonić sprzedawcę.
-
Spokój – krzyknął sprzedawca i narzędzie ustało swą pogoń. – Dobrze ta nie, zobaczmy dalej. Może mahoń, 11 cali z sierści pantery. Idealna dla przyszłych animag’ów.
Dziewczyna gdy tylko wzięła różdżkę do ręki, w około niej rozeszło się światło.
- No to mamy po kłopocie. Oto twoja różdżka. No, no, witam przyszłego animag’a – podał rękę dziewczynie – mam nadzieje, że będziesz godnie reprezentować talenty czarodziejskie.
Wyszli ze sklepu cali, zdrowi i szczęśliwi. Na dziś skończyli z zakupami.
- Mamo- zapytała się Vanity- kto to w ogóle jest animag?
- Animag to taki człowiek, który potrafi zmieniać się w jakieś zwierze. To bardzo rzadka umiejętność. Zazwyczaj się ją nabywa ucząc się. Mało jest ludzi, którzy rodzą się z takim darem. Nawet nie wiedziałam, że go posiadasz. Owszem w mojej rodzinie był kiedyś jeden animag, ale to dawno temu. Aż niemożliwe żeby jego geny przetrwały, ale jak widać cuda się zdarzają
- A i się zdarzają – dodała z uśmiechem Vanity
2005-07-11 20:18:15 skomentuj (10)
Rozdział II
-Vanity! Vanity! Chodź! Śniadanie już gotowe – z dołu dobiegł ją krzyk pani Whitewind.
- Już idę. Chwilkę – odpowiedziała dziewczyna.
Już na schodach było czuć przecudny zapach jedzenia. W powietrzu unosiły się tosty i jajka smażone na boczku. Każdy by się skusił na takie smakołyki, dlatego nie upłynęła sekunda a Vanity z impetem wpadła do kuchni, oblizując się przy tym żarłocznie. Uwielbiała takie śniadania, lecz rzadko spotykały ją takie przyjemności. Pani Whitewind zawsze smażyła jajka na boczku, gdy była okazja, albo gdy jej się po prostu zachciało. Tym razem jednak była okazja i to niezwykła. Dziś jej córka miała wejść w nowy rozdział życia. Podekscytowanie aż biło ze starszej, ale wciąż młodo wyglądającej, brunetki o ciemnych oczach i smukłej sylwetki. To podekscytowanie od razu zauważyła dziewczyna.
- Mamo co się dzieje?
- Co? – odpowiedziała kobieta jakby wyrwana ze snu – a nic, nic. Jedz, bo zrobiłam przepyszne śniadanie.
- No właśnie. Zrobiłaś jajka na boczku, a to jest u ciebie rzadkością. Coś się musiało stać. Co? Pow .. – i w tym momencie urwała, bo z góry doszedł ich niesłychany huk i dziwne odgłosy. Razem wybiegły do salonu i ich oczom ukazał się widok turlającego się po schodach ojca Vanity. Gdy ciało mężczyzny przekroczyło ostatni stopień córka z matką podbiegły do poturbowanego.
- Jack, Jack żyjesz? Coś sobie złamałeś? Powiedz coś – z niepokojem pytała się pani Whitewind
- Aaaałłłłłłłuuuuuaaaa – jęczał – jaaaak dooorwę tegooo przeklętego .... – tu urwał i zaczął pokazywać palcem w górę i rzeczywiście coś tam się poruszało - ... to mu wsszzyyystkie pióra powyrywam- dokończył obolały mężczyzna. Na co dzień wygląda bardzo przystojnie. Kruczoczarne włosy krótko obcięte, gładziutka twarz bez ani jednego włoska, całe ciało dość umięśnione, które ciągle chodziło w jeansowych spodniach i bluzce z krótkim rękawem. Teraz jednak to wszystko znikło. Jedno oko dostało z lekka fioletowych barw, a wśród włosów wyrósł Mount Everest.
- Tato – powiedziała córka – znowu goniłeś Arwiego?
- Chciałem wypróbować nowe zaklęcie na latanie, ale ...
- Ale się nie udało- dokończyła mama dziewczyny- Nie możesz się opierać na tradycyjnych czarach? Konieczne musisz nowe wymyślać?
- Oj rybko...Przecież wiesz, że to jest moja pasja. Chciałbym kiedyś odkryć nowe zaklęcie, żebyśmy stali się sławni i prowadzili dogodne życie.
- Przecież prowadzimy. Sławni też jesteśmy. Wszyscy sąsiedzi znają twoje pomysły i jak jest jakieś trzęsienie ziemi, to wiedzą, że ty je wywołałeś- odrzekła kobieta z uśmiechem. Jednak wiedziała, że rzeczywistość jest inna. Jej mąż pracuje dorywczo dla mugoli jako przewoźnik, ona sama haruje w Ministerstwie Magii na stanowisku kierownika Departamentu Tajemnic, w dodatku teraz jej córka rozpoczyna naukę w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart i trzeba jej kupić odpowiednie rzeczy. Może rodzina Whitewind’ów nie jest za biedna, ale taki wydatek na pewno odbije się na ich trybie życia.
- Nie żartuj sobie. W zamian za to pomóż mi wstać.
W czasie, gdy mama dziewczyny zajmowała się opatrywaniem biednego Jacka, ona sama udała się na poszukiwanie sowy. Arwi była zwykłym brązowo-białą sową, bardzo psotliwą, ale za to bardzo wierną. Vanity znalazła ją na poddaszu, gdzie była zajęta konsumpcją wcześniej złapanej myszy. Dziewczyna pośpiesznie podeszła do stworzenia i zabrała list przyczepiony do jej nogi. Był od jej przyjaciela z podwórka – Toma, który wyjechał wraz z dziadkami na wakacje do Grecjii.
Droga Vanity!
Mam nadzieje, że wakacje upływają Ci bardzo mile.
Strasznie się nudzę w tej Grecji. Dziadkowie ciągle chcą coś oglądać.
Te całe ruiny świątyń dobijają mnie. Poświęcam się tylko dla nauki. A właśnie
dostałaś już list ze szkoły? Bo ja tak. Mam nadzieje, że zdążymy się jeszcze spotkać
na zakupach. Postaram się wrócić bardzo szybko
Pozdrawiam Tom.
Dziewczyna szybko pobiegła do swojego pokoju, usiadła przy biurku i zaczęła pisać.
Drogi Tomie!
Mogę Ci chyba tylko współczuć, ale nie jest aż tak źle jak to piszesz.
Dziadkowie chyba dają Ci czas wolny na samowolne zwiedzanie okolicy.
Niestety jeszcze nie dostałam listu, ale spodziewam się go w niedalekiej przyszłości.
Ja też mam nadzieje, że spotkamy się jeszcze przed szkołą. Tak nudno
tu bez Ciebie. Wracaj szybko, bo uschnę tu z nudów.
Pozdrawiam Vanity.
- Mam nadzieje, że szybko wróci. W tym domu nie ma nic do roboty – mówiła sobie dziewczyna po cichu, po czym rzuciła się na łóżko i pogrążyła się w marzeniach.
2005-06-28 22:09:31 skomentuj (5)